0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

 

Pan Koziołek* z sali numer 3 pod oknem zrobił dziś na oddziale strajk:

-Jak mi nie odepniesz worka i nie pozwolisz się wysikać, to za karę nic nie zjem-powiedział do pielęgniarki i na znak protestu odwrócił się twarzą do okna.

Do pana Koziołka podchodzi dyżurna pani psycholog, krążąca po oddziale kardiochirurgii.

Nie powie mu jednak, że personel już ochrzcił po cichu niesfornego pacjenta ksywką ” Matołek”. Także z powodu cechy, która jak ulał pasowała do właściciela.

-Chcę siku sam, wcześniej nic nie jem. Przecież jak to wygląda, siki w worku na wierzchu…-marudzi starszy pan.

-Panie Koziołek, wiem, że normalnie ma pan worek… schowany ( tu porozumiewawcze mrugnięcie w kierunku pozostałych pacjentów ) .Pan tu nie jest od analizy estetycznej, to jest szpital a nie hotel spa….. I tutaj wszystko co ludzkie jest normalne. Także siki w worku-tłumaczy pogodnie pani psycholog.

-Worki i kaczki. Basen i kroplówki. I strajk głodowy też. Ale jak pan zażyje tę porcję tabletek na pusty żołądek, zwymiotuje pan …Proszę zjeść choć odrobinę, salowa nakarmi pana, dobrze?

Pan Koziołek pokazuje jednak „rogi”, robi pochmurną minę.

-To się zerzygam- mówi butnie.

Patrzę na niego kątem oka gdy tatko zapada w drzemkę, zmęczony myciem i goleniem oraz kilkoma kęsami bułki na śniadanie….

-Która godzina?- pyta retorycznie pan Koziołek, lekceważąc salową, która chciała go nakarmić… .-Jak ten czas powoli leci…

Szpitalna rzeczywistość, przesączona przez pryzmat kroplówek i aparatów rejestrujących cichym pikaniem pracę serc. Podzielona na sektory: mierzenie temperatury, ciśnienia, uzupełnianie kart chorych, miarowe stęknięcia pacjentów, poprawiających swe ułożenia na łóżku za pomocą sprytnego przyrządu (imitującego linową drabinkę…).

Wizyta lekarska, zmiany opatrunków, śniadanie…Tak wygląda żmudne oczekiwanie na lepsze jutro-przyszło mi do głowy.

Ktoś prosi o poprawienie poduszki, kogoś znowu razi wątłe, styczniowe słońce i żąda częściowego zasunięcia rolety…

Wchodząca energicznym krokiem pielęgniarka budzi tatkę:

-Teraz jest czas na życie towarzyskie, proszę pana-mówi wesoło.- A od spania jest noc…Przyniosłam panom listy od szefa oddziału z poradami jak dbać o dobrą kondycję w okresie wczesnej rekonwalescencji po zabiegu…Rozdaje pacjentom kartki, prosi, by przeczytali jak poczują się na siłach.

Pan po lewej stronie tatki jest zawodowym…puzonistą.

No, nie wiem, jak długo po takiej operacji nie powinien dmuchać w swój instrument??? To może być bolesne. A z powodu zawodowej abstynencji muzyk może łatwo popaść w melancholię. Muzycy to wrażliwcy na ogół…

Puzonista barwnie opowiada o koncertach w całej Polsce. Gdy mówi o muzyce, jego oczy błyszczą, widać, że kocha to co robi. Choć to zawód dla pasjonatów, fortuny się na nim nikt nie dorobi… Pacjent vis a vis pyta, czy pożyczę mu na godzinkę gazetek? To najstarszy pacjent na sali. Podchodzę ze zwitkiem prasowych tytułów.

Kupiłam tatce „Dziennik Wschodni”, „Kurier Lubelski” i dla odprężenia „Fakt”, w którym na pierwszej stronie widniało zdjęcie słynnej Isabel i ex pana premiera.

Dziadek patrzy na zdjęcie , zaczyna coś mówić szeptem a po jego policzkach ciekną łzy.

Podaję mu chusteczkę, a on tłumaczy, że to łzy nie wzruszenia, choć Isabel ładna ale głupiutka… To są łzy z wysiłku.

-Po operacji to płaczę od razu jak mówię i jak siedzę nawet. Klepie dłonią taboret prosząc, bym przysiadła.

-A na weselu mojego wnuka, proszę pani, to było 300 osób prawie-mówi z dumą- a orkiestra wzięła siedem i pół tysiąca za granie na weselu i na poprawinach do północy. Siedem i pół tysiąca bez rachunku, proszę pani. Niech no ten puzonista nie narzeka na zarobki…. Ja osiem miesięcy robiłem na tę orkiestrę w polu na ciągniku…

-szepce, wskazując delikatnym ruchem głowy sąsiada-muzyka .

-No ale na puzonie to chyba się nie gra na weselach, co? -dopytuję nieco rozbawiona.

-Na weselach nie…ale na pogrzebach przecież…- „płaczliwy” Dziadek milknie, czując pewnie gdzieś z tyłu głowy niestosowność przywołania właśnie tu i teraz takiego typu uroczystości.

Nagle cichy pokój szpitalny nabiera życia. Tatko obudzony z drzemki decyduje się na pierwszy porządny posiłek od 4 dni. Zjada pół bułki z gotowanym jajkiem i pieczone jabłko. Do wszystkich pacjentów przychodzą goście.

Do pana Koziołka przychodzi wyjątkowo wylewna kobieta. Przytula się do niego i chyba wcale nie zwraca uwagi na dyndający u boku worek z moczem.

Koziołek uśmiecha się i gawędzi z przybyłą. Zjada karnie wszystkie przyniesione przez nią wiktuały. W drzwiach staje pielęgniarka i robi oczy jak dwa spodki, po czym uśmiecha się do mnie i zadowolona wychodzi na palcach, widząc, że Maruda i Malkontent ma wreszcie towarzystwo i chwilowo zapomniał o chorobie oraz nudzie.

Do Puzonisty wpada szczebiocząca żona w towarzystwie przystojnego syna, który zaofiarował się ,że naładuje ojcu komórkę i aktywuje Internet. Pani od Puzonisty, ładna szatynka w obcisłym sweterku, odkręca termosik z obiadkiem. W sali unosi się zapach domowego jedzenia. Oj… i już tęsknię za domem. I wyobrażam sobie, że tęsknota pacjentów za szczyptą normalności musi być straszna… bo pomnożona przez liczbę spędzonych na oddziale dni. Pomnożona przez kilkudniową, przymusową głodówkę i stres przed zabiegiem…

Dlatego każdy domownik i wieści „stamtąd” powodują natychmiastową, pozytywną reakcję na twarzach wszystkich ludzi na szpitalnych łóżkach. Zmęczonych emocjonalnie i fizycznie. Wciąż pełnych nadziei.

Zostawiam tatkę z okularami na nosie, zagłębionego w lekturze dzienników.

Uśmiecham się sama do siebie. Zrobił dziś naprawdę milowy krok w drodze do prawdziwego życia. Był wreszcie w stanie zająć się kawałkiem normalnej rzeczywistości. Silny ból ustąpił i przynajmniej na jakiś czas pozwoli mu być człowiekiem, mającym zainteresowania, a nie niewolnikiem ciała i fizjologii.

Wychodzę, czując wdzięczność wobec lekarzy za ich talent. I wobec pielęgniarek oraz pozostałego personelu, który na każdym kroku stara się dbać o to, by na tym przepełnionym cierpieniem oddziale szpitalnym panowała życzliwa atmosfera. Ludzie, świetna robota! Wielkie dzięki!

W hostelu bez pośpiechu obieram jedną pomarańczę, zaparzam herbatę i ląduję z lapkiem w łóżku. Chyba nawalił piecyk elektryczny. Dokładam drugą i trzecią kołdrę… Przez pół godziny przekomarzamy się z mężem na Skypie…

Chwała ci, Internecie! …Brakuje mi tylko jego uśmiechu na żywo i trzasku płonących bali w kominku.

Robimy eksperyment: włączamy kamery, wołam psy po imieniu. Podbiegają do laptopa, słysząc mój głos. Biszkopt wsadza nos do monitora męża, przekrzywia łeb nasłuchując i wali głośno ogonem. Sugar z głośnym szczekaniem dopada drzwi wejściowych. Tak zawsze mnie wita po powrocie do domu. Ha. Zrobiliśmy dziś psy „na szaro”. Ale wiem, że tęsknią. Widziałam to dziś na własne oczy! Przez moment chichoczę przypominając sobie reklamę radiową sklepu ” Super Spy” czy coś podobnego, sklepu dla szpiegów, w którym polecano szeroki wybór urządzeń do szpiegowania partnerów.” Nie jesteś pewna, gdzie spędza czas? Kup mikro- czip i wyśledź go!”.Mąż powiedział :”dobranoc” i zgasił światło w sypialni.

A ja? W chwili gdy zaczynam pisać post na blog, przestaję czuć chłód. Słowa jakoś tak zawsze mnie rozgrzewają…. Dobranoc:)

Ps. * Nazwisko pacjenta ( Pana Koziołka) zostało celowo zmienione…