0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

źródło: m.rmf.24.pl

„Dogoń swoje marzenia” – przeczytali na kolorowym plakacie wpachnącym banku z marmurowymi schodami. Na plakacie uśmiechnięta rodzinka ” na swoim”. Dom. Drzewo. Dzieci. Wszyscy w objęciach. Bosko szczęśliwi. A na plakacie jeszcze niebieskie niebo, ani jednej chmurki na horyzoncie. Na trawniku kwitną pstrokato-barwne kwiaty, a pod nogami drzemie zwinięty w kłębek czarny kot.  No, raj na ziemi. Rajska, wirtualna rodzinka.

Maraton kredytowy rozpoczęty.

„Trzydzieści lat po dwanaście rat” -Karolina powtarzała jak mantrę słowa, zaczerpnięte z programu kabaretowego. Jej szpilki wystukiwały o bruk rytm tego refrenu, gdy po podpisaniu w banku wielu egzemplarzy umowy, pędziła spóźniona do pracy. Trzydzieści lat… trzydzieści lat… Będę już grubo po sześćdziesiątce -przeraziła się tej myśli i odpędziła ją od razu jak natrętną muchę. A może jednak uda się szybciej spłacić ten kredyt? Czarne myśli nie chciały jednak dać za wygraną

-Będę już stara, jak to wszystko będzie w końcu nasze. Będziemy starzy z Krzysiem- poprawiła się w myślach.

Po drodze jeszcze inne wydatki, jak , powiedzmy, studia dzieci. A przecież nikt nie łudzi się, że dom wytrzyma tyle lat bez remontów.

Tu się zużyje. Tam się zepsuje. Pół biedy, gdy znudzi się kolor ścian. Tu można coś zaradzić samemu lub skrzyknąć przyjaciół i pomalować dom z ich pomocą, za dobrą kolację. Co z poważniejszymi awariami?

Krzysiek odrzucił ofertę wyjazdu za granicę. Udało im się zdobyć fajne posady w Krakowie . Wymagały dyspozycyjności, ale płacili dość sensownie. Nie było z czym zwlekać. Tym bardziej, ze zegar biologiczny Karoliny także upominał się o swoje.

Cierpła na myśl o kolejnych, czekających ich w rodzinie chrzcinach.

Czy te grube ciotki nie mogłyby wsunąć więcej ciastek i sałatek, zamiast paplać bez zastanowienia? Oszczędzić im cierpkich uwag typu : ” Ale na co wy właściwie czekacie”?

Na gwiazdkę z nieba- myślała wtedy zawsze ponuro. Na czarodzieja, który odczaruje niewiadomą. Bo diagnoza brzmiała: Niepłodność idiopatyczna. Karolina często żartowała: Niepłodność idiotyczna. Przy wzorowych wynikach wszelkich badań, mimo upływu lat szczęśliwego związku, nadal byli we dwoje, nie licząc przygarniętego ze schroniska psa.

A Krzysiek, ten niepoprawny optymista, podchodził do sprawy, jej zdaniem, zbyt lekko. Był czułym mężem, mającym czasem słabsze dni. Często powtarzał, że problem siedzi w ich głowach i sugerował, by odpuścili.

Rzeczywiście, życie z kalendarzem i termometrem w zębach zmierzało do równi pochyłej. Mało zabrakło, a z ich pożycia zostałby tylko smutny obowiązek, wykonywany „na gwizdek”, jak sobotnie odkurzanie czy mycie podłóg.

Problem leżał jednak w poczuciu bezcelowości. I w tym, że seks przestał jej smakować. To jak mistrzowska solówka gitarowa wykonana w dźwiękoszczelnej kabinie. Nikt nie słyszał, jak bardzo się starała. Dała z siebie wszystko. W odpowiedzi słyszała ciszę. Zamiast braw i słów uznania. Ta cisza była porażką. Fizycznie, każdym nerwem czuła potrzebę, by koleżanki i siostra pogratulowały im wreszcie nowego początku. Do bólu marzyła o zarwanych nocach, mlecznych nawałach i wieczornych kolkach. Marzyła o tanecznym kroku z zawiniątkiem w chuście. W głowie miała już ułożony repertuar kołysanek. Dałaby się pociąć za poranne mdłości i nocne skurcze łydek. Jej ciało postanowiło widać służyć wyłącznie jej. Z zewnętrznego punktu widzenia nie miała ciału nic do zarzucenia. Wysoka, smukła budowa, orzechowe oczy, sympatyczny uśmiech, miły dla ucha tembr głosu.Była kobieca w każdym calu. A jednak wnętrze jej ciała odmówiło gościny nowemu cżłowiekowi. Mimo usilnie ponawianych zaproszeń, wyliczeń, nadziei, kalkulacji. Mim złości , frustracji i tymczasowego wyparcia tej potrzeby.

Pewnego poranka, gdy delikatnie, lecz stanowczo Krzyś zdecydował, że jednak dziś nie dokona tysiąc pięćset którejś tam próby prokreacyjnej, że śpieszy mu się do pracy na ważne spotkanie, zrozumiała, że nie ma sensu mieć o to do niego pretensji. Marzyli o domu. Potrzebowali pieniędzy dla „Wilka Szablo-zębnego”, jakim był bank.

I kropka.

Kupione 3 lata temu śpioszki i małe buciki schowała bardzo głęboko do bieliźniarki ze skarpetami i odzieżą termiczną na zimę. Wróćmy na ziemię-choć marzenia to fajna rzecz- zamruczała, nakazując sobie spokój. Widać wszystkie rzeczy mają swój właściwy bieg. Nie przyśpieszajmy biegu wypadków. W głębi serca jednak zaczęła się irytować na samą siebie. Czy nie lepiej byłoby przyjąć diagnozę: policystyczne jajniki lub niewydolność żołtego ciałka?

Jak ktoś mówi ci, że jesteś zdrowa ale organizm buntuje się w zakresie podstawowych, wydawałoby się funkcji, skumulowana tęsknota wydobywa z człowieka najpaskudniejsze cechy: stałą irytację, nadwrażliwość na tematy „okołodzieciowe”, które same jakoś wypływały w rozmowach towarzyskich w pracy podczas lanczu. I te zdjęcia słodkich, rozkosznych buziaczków na biurkach! Musiała im codziennie stawiać czoło, przygryzając co miesiąc w ubikacji usta w rozpaczy. Ręce jednak automatycznie sięgały do pudełka z podpaskami, a jedno spłuknięcie wody zabierało nadzieję, hodowaną pieczołowicie przez ostatnie 18 dni. Potem energiczne wytarcie łez i nosa. Przepłukać twarz zimną wodą. Pomadka na usta. Troche pudru na nos. I biust w górę! Nadal jesteś kobietą – skarciła sie w lustrze.

…  -A jak już się kiedyś w końcu urodzi, w co nie wątpię- powiedział jej ostatnio Krzyś, gładząc z czułością jej nagie ramię – to będzie najbardziej kochanym dzieckiem na kuli ziemskiej. Opowiemy mu kiedyś o tym czekaniu. Że dzięki niemu jesteśmy zahartowani do pogodnego znoszenia przeciwności losu….

Karolina po takiej rozmowie wędrowała do pustego pokoju, w którym nie chcieli jeszcze nic przygotowywać. Stała w nim tylko kremowa komoda z Ikei. A w jednej z szuflad, śpioszki i buciki.

-Tyle kroków przed wami- pomyślała, dotykając delikatnej skóry niebieskich pantofelków. -A ja już nie mam siły czekać na ten pierwszy… Kto włoży te buciki i wykona w nich swoje chwiejne ” do przodu, ahoj, przygodo”? Kiedy? Chłopiec czy dziewczynka? Zdawała sobie te pytania ale w odpowiedzi słyszała tylko obiegającą z telewizji reklamę. Szczęśliwa rodzinka wcinała w ogrodzie, rajski ze swej natury, naturalny serek bez emuglatorów i polepszaczy.

-Drogi Boże-myślała, chowając malutkie atrybuty zmaterializowanej nadziei – skoro w naturze jestem niezdolna do urodzenia dziecka, proszę, dodaj do mnie ten brakujący atom macierzyństwa. Jestem wybrakowana. Jestem niepełnosprawna- załkało jej serce.

Wiele razy przytulała się do własności ich przyszłego dziecka. Spróbowała wyobrazić sobie zapach i gładkość jego skóry, uśmiech błękitnych oczu. I spacer w górach, w nosidle. Prawie poczuła w ramionach jego ciężar i oddech. Dziecko często śniło jej się po nocach. Na karuzeli. Zgubiło misia i strasznie płakało. Albo inny sen: bawili się w chowanego i ono schowało się tak sprytnie, że nigdzie nie mogła go znaleźć. Ono chichotało z zadowolenia, wołając ją wciąż z różnych stron, ale gdziekolwiek by poszła, witała ją pustka.

Śniła też o dużym, pustym domu z zimnym kominkiem. Próbowała zajrzeć do niego z zewnątrz. Marzła bo była późna jesień. Ale jakiś głos upominał ją stanowczo, że nie wolno jej wejść do kuchni i zrobić sobie herbaty, zanim nie przyprowadzi do domu zagubionego dziecka.

Nie mówiła nikomu o tych koszmarach. Krzyś wiedział, bo czasem trącał ją lekko w ramię i mówił przyciszonym głosem: „Już.. No, już… dobrze. Przytul mnie. To tylko sen”…

Wiktoria urodziła trzecią córkę- oznajmiła jej tymczasem siostra. Basia była „niespodziankową” Mamą niesfornego Karolka, pięciolatka, i dziewięcioletniego, nad wyraz poważnego Łukasza- przyszłego naukowca lub wynalazcy. Tak w każdym razie oceniała go rodzina. Nic dziwnego. Żywiołem chłopca była książka i eksperymenty naukowe.

Niespodziankową, znaczy: z zaskoczenia. Ale przyjęła sytuację z wielką radością i była mamą na szóstkę. Szczerze mówiąc, Karolina chłonęła wzrokiem każdą sytuację rozmowy Basi z dziećmi. Podziwiała konsekwencję siostry i przyrzekała sobie wychowywać swoje przyszłe dzieci w podobnym stylu.

Basia wiedziała o problemie Karoliny. Wspierała i pocieszała. Kiedyś podsunęła jej nawet ulotkę o adopcji. Karolina żachnęła się wtedy i poczuła się do żywego dotknięta…

- Sama masz swoje, łatwo ci mówić. To może sama jako starsza siostra daj mi dobry wzór i zaadoptuj, co?- warknęła z przekąsem.

Obraziła się na Basię , trzasnęła drzwiami. Zachowała się absurdalnie. To jej urażona ambicja. Świadomość braku. Bo… tak . Czuła się wybrakowana…

Niniejszy tekst pochodzi z powstającej książki o tym samym tytule. Prawa autorskie zastrzeżone.