0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Pani Zosia mimo swoich siedemdziesięciu  dziewięciu wiosen w metryce, żyła pełnią życia.

Unikała hipochondrycznych z natury sąsiadek. Nie lubiła nikomu zdawać relacji z ostatniej wizyty u lekarza. Nie miała w zwyczaju zadręczania ludzi studiowaniem przypadłości zdrowotnych właściwych jej wiekowi. Ot, pogodna i żyjąca w zgodzie z samą sobą seniorka. Tej wiosny sprawiła sobie z okazji własnych imienin kijki do Nordic Walking. Dzięki częstym spacerom do ulubionego Lasku Wolskiego, trzymała idealną wagę i przemieszczała się nawet na dłuższych dystansach bez zadyszki. Na temat skutecznych elementów podtrzymywania swojej formy miała wypracowane zdanie. Każdy dzień zaczynała od szklanki świeżo wyciśniętego soku z jabłek i buraczków. Sokowirówkę-imieninowy prezent od dzieci przyjęła do kuchni z entuzjazmem. Soki i ruch na świeżym powietrzu przedłużą jej życie i podniosą jego jakość. Realizację planu zdrowej i długiej starości pani Zosia powzięła nazajutrz po imieninach. Więcej ruchu, więcej optymizmu, mniej biadolenia i ucieczka od sąsiadów smutasów. Tak! Polscy emeryci należą do największych zrzędów w Europie!-pani Zosia wyczytała kiedyś taka wiadomość w lokalnym dzienniku, czytanym nieśpiesznie przy porannej konsumpcji soku warzywnego.

Seniorka Zosia każdy dzień lubiła drobiazgowo zaplanować. Żadnego jęczenia zapracowanej córce do słuchawki, gdzie ją strzyka. Bo po co komu psuć dzień? Każdy ma swoją porcję kłopotów. A ona nie chciała być dla córki przykrym obowiązkiem. Pogodny charakter starszej pani zjednywał pani Zosi wielu przyjaciół. Hipochondryczki, zamieszkujące tę samą klatkę schodową, średnio raz na trzy miesiące robiły „kolędę” po sąsiadach. Cel był zawsze ten sam: składka na wieniec pogrzebowy dla zmarłych lokatorów z bloku.

Pani Zosia pogodnie wyłuskiwała żądane sumy na składkę.Do czasu.  Ostatnio coś w niej pękło. Złamała zasadę. Zadzwoniła po jednej z takich „żałobnych ” wizyt przedstawicielek owdowiałyh sąsiadek,  po poradę do córki.Przyszedł jej bowiem do głowy zwariowany pomysł: Skoro jej otoczenie nie chce się zmienić, ona sama je zmieni!

- Haniu, mam dość-powiedziała bez wstępu.-Musżę się, kochane dziecko, wyprowadzić z tego „domu ponurej starości” i przenieść do nowszych bloków. Na osiedle, gdzie nie będę w każdym tygodniu odczytywała kolejnego nazwiska na klepsydrze z powiadomieniem o terminie pogrzebu.

Dziecko! Ja jestem pełna życia, a te kwękające staruszki, narzekają tylko na drożyznę i  na swoje zapracowane dzieci, które nigdy nie mają dla nich czasu.  Kto normalny wytrzymałby codzienne relacje z wizyt u lekarza. To drobiazgowe roztrząsanie jakie badanie zrobić  i w której aptece szukać  tańszego  o 3 złote odpowiednika leku, który zapisał lekarz,  który oczywiście  w nosie ma niską emeryturę pacjentów na „pomostówkach”. -Haniu, ten pesymizm mnie żżera jak rak. Ja muszę się przenieść na osiedle , gdzie mieszkają młodzi ludzie. Wtedy odżyję!-i pani Zosia przekonała Hanię do wizyty u dewelopera by kupić kawalerkę, zwaną   studiem. W nowo budowanym bloku, oddalonym  w dyskretnej odległości od bloku córki.

Plan nie był głupi. W bloku pani Zosi, zlokalizowanym w śródmieściu, trwały nieustanne, męczące starszych mieszkańców, remonty. A to wymiana instalacji gazowej, a to ocieplanie lub malowanie elewacji. Huk, zgiełk. I jeszcze te powłóczące nogami hipochondryczki, które ledwie były w stanie dowlec się noga za nogą na bazarek…. No i te klepsydry prawie w każdym tygodniu. Czynsze za użytkowanie lokalu regularnie podnoszono. A ponieważ blok pani Zosi był zlokalizowany tuż na granicy płatnego parkowania, pod blokiem były też problemy z parkowaniem pojazdów. Dzieci gdy wpadały na niedzielne obiadki, zawsze narzekały, ze nie ma gdzie szpilki wcisnąć pod blokiem mamy. Cóż. Śródmieście.

Po krótkim namyśle, Hania przyznała mamie rację: na zamieszkałym przez córkę osiedlu, usytuowanym znacznie bliżej Lasku Wolskiego, czynsze były jednak niższe. Poza tym w nowych blokach na pewno nie będzie tyle usterek co w blokach, zbudowanych we wczesnych latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia…No i, co najważniejsze, zero żałobników z kolędą po składce na kolejny wieniec…

I tak panie wylądowały u dewelopera i wybrały 36 metrowe studio w dyskretnie oddalonym od mieszkania córki, bloku. Nie za blisko i nie za daleko. W sam raz, by obie czuły się bezpieczne i jednocześnie niezależne.

Po roku od podjęcia zdecydowanych kroków w kierunku odmłodzenia swego otoczenia, pani Zosia z ulgą kazała wywieźć na wysypisko kartony z niepotrzebnymi drobiazgami. Wręczyła klucze do mieszkania nowej właścicielce i  bez żalu pomachała w kierunku  nielicznego grona starych sąsiadek. Pożegnała je przejmie, acz nie wylewnie. Nie zostawiła im nowego adresu. Nie czuła takiej potrzeby.  Zrozumiały ją bez słów: „Zawsze to przy dziecku bezpieczniej jak nogi ci odmówią posłuszeństwa”-z tymi słowami pożegnały swoją wyprowadzającą sie z bloku sąsiadkę. -Niedoczekanie! Będę moim nogom przedłużać młodość – zacznę chodzić na długie spacery! -mruknęła  nasza bohaterka.

Jakoś tak w miesiąc po przeprowadzce, dzień czy dwa po tym, jak razem z Hanią posadziły na balkonie cztery doniczki z tują i wrzosami i gdy obok nich stanął wygodny rattanowy fotel wyściełany poduchami, pani Zosia skusiła się na poranną kawę na zewnątrz. Lubiła obserwować energię tego miejsca, pięknie utrzymaną zieleń wokół pobliskich bloków oraz gwarny i kolorowy plac zabaw, wypełniony po brzegi młodymi rodzicami i ich energicznymi dziećmi w kolorowych, modnych ubrankach.

W niedzielny poranek o szóstej plac zabaw był jeszcze pusty. Pani Zosia, owinięta szczelnie szlafrokiem , w papilotach na głowie, jak przystało na kobietę dbającą o detale wyglądu, wyszła na balkon i ostrożnie postawiła na malutkim stoliczku parujący kubek z kawą. Ulubiony. Porcelanowy.  Z motywem angielskich róż.Szczęśliwie przeżył przeprowadzkę.

Nagle wzrok pani Zosi padł na skwerek pod balkonem. Serce zamarło w niej i zatrzepotało niespokojnie. Seniorka poczuła nagłą panikę.

Pod balkonem stała zamaskowana grupa antyterrorystów w kominiarkach.  Trzymali w ręku broń. Jeden z funkcjonariuszy pokazał jej gestem :” Ciiii” i zdecydowanym ruchem ręki nakazał powrót z balkonu do domu. Cofając się, pani Zosia zahaczyła o stolik. Kubek w angielski róże z trzaskiem rozpadł się na kawałeczki. Rozlana kawa pobrudziła różowe kapcie z pomponikiem i zostawiła na szlafroku dużą brązową plamę.

Pani Zosia resztką przytomności umysłu zatrzasnęła drzwi balkonu i z bijącym sercem rzuciła się do pokoju na poszukiwanie komórki.

- Haniu, zobacz co się tu u nas dzieje-krzyknęła rozemocjonowana do wpółprzytomnej z rozespania córki. Zapomniała, że o szóstej zero pięć w niedzielę ciężko pracujący ludzie na ogół jeszcze śpią.

Córka uspokoiła mamę, że może przyjechali aresztować jakiegoś złodziejaszka, rozłączyła się i wróciła do łóżka. Może mamie przyśniło się coś?- pomyślała. Trzeba będzie mamę przebadać w kierunku „zwidów” .

Po godzinie starsza pani nerwowo zadzwoniła do drzwi córki.

-Wyobraź sobie, Haniu, w naszej klatce polowali na dilera!-wypaliła staruszka od wejścia – Antyterroryści na naszej klatce! Pod moim mieszkaniem była „dziupla”. Sąsiad spod siódemki wynajął swoje mieszkanie podobno grzecznym , nie wzbudzającym podejrzeń studentom. Ale oni to jakieś takie dziwne oczka mieli, dopiero teraz to skojarzyłam-relacjonowała rozemocjonowana mama Hani.  W windzie ich spotykałam czasem.Dziwne oczka , a nie bylo czuć zapachu alkoholu.No i często goście u nich bywali aż się dziwiłam, że wciąż różnymi samochodami podjeżdżali…. Pani Zosia została poczęstowana herbatą z melisy. Córka zmierzyła jej także ciśnienie i zaproponowała drzemkę.

- A miało tu być takie spokojne, przyjemne miejsce z młodymi ludźmi po sąsiedzku -westchęła z żalem pani Zosia, i , kręcąc głową i dodała : – Miałam nudne i smutne życie w otoczeniu starych hipochondryków? No to na własne życzenie spadłam z  deszczu pod rynnę w sam środek atrakcji… A ten Stasio, który mi ostatnio pomógł przynieść siatkę z buraczkami z warzywniaka, to nie wyglądało, że jest kryminalistą… Zawsze ładnie ubrany. Pachnący i grzeczny. Żaden tam lump…. Tak mu dobrze z oczu patrzyło…. Tylko kolegów miał dziwnych…. No proszę, że też mnie nic nie tknęło…. Na starość robi się z cżłowieka łatwowierny idealista. A tu  miły sąsiad z dołu dziuplę z narkotykami prowadzi. Ech….