0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

W znanym kurorcie sanatoryjnym w miejscowości, bliskiej sercu słynnego Jana Kiepury ,próżno by szukać mieszkańca, który nie znałby panny Władzi. Panna Władzia  przez długi okres była   w Kurorcie symbolem kobiety, robiącej w towarzystwie wielkie  wrażenie. Symbolem  Kobiety Wyzwolonej. Chcecie posłuchać jej historii?

Urocza ta kelnerka , znana była nie tylko ze starannie upiętych włosów oraz pokaźnego biustu. Słynęła także z rzeszy adoratorów. Władzia, trzeba to przyznać uczciwie, była zawsze punktualna i skrupulatna w pracy. W nienagannie uprasowanym, koronkowym fartuszku, rozdawała klienteli darmowe uśmiechy i generowała szereg oficjalnych lub trzymanych w tajemnicy, westchnień panów. Mówiono, że do kawiarni X pensjonariusze sanatoriów przychodzili głównie dla niej.

Od randki do randki, od adoratora do adoratora. Panowie zmieniali się jak w kalejdoskopie. W każdym turnusie było ich kilku. Panna Władysława nie wiązała się na stałe z nikim.

Taki już los sumiennej kelnerki, pozostającej w pracy do ostatniego gościa. Który mąż w latach siedemdziesiątych XX wieku tolerowałby regularne, późne powroty żony do domu? Samotne soboty, niedziele, piątki i świątki?

Panna Władka jakoś specjalnie za mężem i obrączką nie tęskniła. A jednak, gdy wychodziła z niej sentymentalna baba, urocza kelnerka  od czasu do czasu zaglądała do babcinej szkatułki z pozostawionym jej w spadku welonem i obrączkami. Przymierzała przed lustrem zwiewny muślin i przez jedną chwilę słabości , myślała o pasującym do niego bukiecie ślubnym. Przez pewien czas była przekonana, że powinna wystąpić przy ołtarzu z bukietem bladoróżowych margerytek. Potem miała „fobię” na konwalie… By ostatecznie zakochać się w białych liliach.

A jednak rycerze na białym rumaku na pewnym etapie znajomości zamiast obrączki, składali swej partnerce propozycje bynajmniej nie matrymonialne:  wspólne zakupy, wspólne wyjazdy lub… gotówkę.

Praktyczna i zaradna życiowo kelnerka swoje romantyczne przygody zaczęła postrzegać w kategorii przyjemnego zysku. Nie chcą ślubu? To nie! Przeżyję!Nic na siłę-myślała.

Wkrótce, po przeliczeniu oszczędności, na etapie płomiennego romansu z architektem spod Skierniewic, który przyjeżdżał „do wód” regularnie 3 razy do roku i w zasadzie za jego namową, postanowiła zainwestować w budowę niewielkiego domku na zboczu uroczej góry, z widokiem na pijalnię wody mineralnej.

Mury domu naszej bohaterki rosły sprawnie. W zasadzie po dwóch latach mogła już zaprosić znajomych na skromną parapetówkę. Ładnej kobiecie nie odmawia się pomocy w żadnej potrzebie.

Gdy kolejny amant odjeżdżał w siną dal i przestawał dawać znaki życia, nasza kelnerka po prostu rzucała na kolejnego nieszczęśnika swój czar, trzepocząc rzęsami, udając bardzo skromną, pokrzywdzoną przez życie i nierozumianą. Pan Stasio był murarzem, jego znajomość z uroczą kelnerką przetrwała z powodzeniem do czasu powstania wszystkich ścian działowych w domu. Podobnie miały się sprawy ze stolarzem, parkieciarzem i mechanikiem samochodowym. Wkrótce w garażu stanął również wymarzony duży Fiat 125 P.

Najkrócej sprawy się miały z pewnym księgowym spod Giżycka, który panicznie bal się, że jego żona odkryje sanatoryjną niewierność małżonka. Po zakończeniu prac wykończeniowych wokół domu, Władysława zdecydowała się porzucić nocne godziny pracy i kelnerowanie. Zresztą, wpadła w stan wielkiego przygnębienia bo jej  ostatni, najbardziej hojny partner, rozpłynął się nagle we mgle. Mówiono o nim różne, dziwne rzeczy: że wyemigrował, że groziła mu kara więzienia za demonstrowanie wrogości wobec panującej władzy. Jej nowym patentem na życie okazał się wynajem pokoi dla narciarzy w czasie zimy, letnikom i kuracjuszom w pozostałym okresie.

I tylko ludzie odsunęli się jakoś od niej mówiąc, że bardzo zdziwaczała na starsze lata. Po tym, jak postraszyła pistoletem-atrapą pana Wiesia, pracownika poczty oraz po słownych pogróżkach wobec sąsiadów, oferujących pomoc podczas zakupów, zdziwaczała, trawiona przez chorobę psychiczną starzejąca się gwiazda deptaku , została w domu kompletnie sama. Nie licząc pięciu kotów w makabrycznie jaskrawe, rude łaty. Spacerowicze, przechodzący obok porośniętego chwastami ogródka ,okalającego jej popadający w ruinę dom, nieraz przysięgali, że słyszeli straszliwe jęki wygłodniałych zwierząt, dobiegające z garażu.

-Pani Władziu-zagadnęła ją któregoś poranka sąsiadka. -Idę na zakupy, czy może kupić coś pani?  W odpowiedzi starsza kobieta, siedząca blisko krawędzi balkonu z przewieszoną przez barierkę, sparaliżowaną ręką, odburknęła głośno wiązanką niecenzuralnych przekleństw.

Sąsiadka wiedziała o chorobie ex-piękności kawiarnianej. I puściła niemiłe słowa mimo uszu. Podobno ostatnio pani Władysława odmówiła nawet pozwolenia na wejście pracownicom z pomocy socjalnej. Dom popadał w ruinę. Nikt z rodziny nie odwiedzał zdziwaczałej staruszki. Wszyscy bali się jej wybuchów złości. Została sama. Pewnego czerwcowego, pochmurnego poranka, córka sąsiadki pani Władzi, zauważyła, że w kuchni ,wzorem dni poprzednich, pali się światło. A  okno , zwykle zamykane na noc, tym razem wciąż pozostaje uchylone. Skojarzyła kilka niepokojących prawidłowości i zwierzyła się swojej matce:  - Mamo, zadzwońmy po Straż Miejską bo mam złe przeczucia co do pani Władki.

Dyżurny Straży Miejskiej w Kurorcie przyjął zgłoszenie i poinformował o konieczności zgłoszenia sytuacji na policję -Oni na pewno wyślą patrol i sprawdzą pani doniesienie o tej samotnej pani-przekonywał funkcjonariusz. Po telefonie na policję obie panie, matka i córka, były już pewne, że instytucje porządku publicznego próbują wzajemnie zakwestionować prawo do dokonania wyjazdu interwencyjnego do podejrzanego domu.

-Czy dzwoniła  już pani do straży miejskiej?- zapytał dyżurujący na centrali zgłoszeniowej policjant-Powinni się zająć tym przypadkiem….

-Identyczne zdanie ma w tej sprawie Straż Miejska- powiedziała córka sąsiadki z rosnącym niepokojem. -Powiedziano mi, że to interwencja dla policji…

-Ta pani jest niezrównoważona i od lat nie otwiera  nikomu drzwi… -próbowała tłumaczyć sąsiadka. Nie otwiera drzwi, nie reaguje, gdy ją wołam a z jej garażu wydobywają się takie dźwięki, że nie możemy spokojnie spać!- pożaliła sie sąsiadka na policji.

Minęły kolejne dwa dni. Wreszcie przed zaniedbanym domem zjawiły się przed południem połączone ekipy z dwóch instytucji: Straży Miejskiej oraz Policji. Przedstawiciele instytucji bezskutecznie pukali do drzwi i użyli wielokrotnie donośnego dzwonka .Wykonano szereg zdjęć budynku przed wtargnięciem do niego siłą. W końcu zdecydowano się otworzyć chronione prostą kłódką drzwi garażu.

Z przeraźliwym wrzaskiem wyleciały stamtąd dwa bardzo wychudzone koty , ich brudna, zmierzwiona sierść i zapach padliny wbiły się w nozdrza przerażonych funkcjonariuszy. Wewnątrz garażu znaleźli oni szkielet dwóch kotów oraz mnóstwo butwiejących szmat, starych gazet. Wszystko to wydzielało przeraźliwy fetor.

Panią Władzię śmierć zastała w kuchni przy porannej szklance kawy.Nie odwiedzana przez nikogo, zdążyła się już wstępnie rozłożyć. Sąsiedzi zaalarmowali odpowiednie służby w tydzień po jej odejściu z tego świata.

Zaledwie 14 dni po pogrzebie właścicielki zaniedbanej posesji, do Kurortu zjechała rodzina ze Śląska. Przeprowadzono gruntowny remont, wyburzono ścianki działowe we w nętrzu, zainwestowano w gustowne meble i dodatki. Nikt ze spadkobierców nie przyszedł do rodziny po sąsiedzku zapytać, jak wyglądało ich ostatnie spotkanie z ciocią. Jaką ciocia była osobą? Co ją cieszyło? Czy miała przyjaciół?

Żyła jak żyła. Najważniejsze, że było co po niej odziedziczyć! Zaradna była, Świeć Panie nad Jej duszą!

 

Sąsiadka siedziała wraz z córką i zięciem na tarasie, obserwując zmagania nowych inwestorów oraz rumieńce, jakich niewątpliwie nabierał pensjonat po sąsiedzku. Już wkrótce przyjadą tu pierwsi goście!

-Czy byłabyś w stanie wypocząć w tamtym domu? Ja jestem pewien, że duch Pensjonatu Pod Upiorem nie pozwoli na to nikomu- przekonywał zięć pani sąsiadki swoją żonę.

 

Pani Kowalska z domu numer osiem przysięga, że kilka razy słyszała z garażu straszliwe jęki a z uchylonego okna kuchennego dobiegało dzwonienie szklanek i gwizd czajnika… Choć ekipa remontowa nie spała w domu w czasie remontu.

A wy, gdzie w tym roku spędzicie swój letni urlop? Uważajcie! Obawiam się, że wiele miejscowości wypoczynkowych ma swoje Pensjonaty Pod Upiorem. Dzięki nim w okolicy nie jest nudno!

I to byłoby na tyle. Kobieta wyzwolona może spokojnie odpocząć.Spadkobiercom   domu-widma całkiem ładnie wyszedł remont i pensjonat pęka w sezonie w szwach.Może nawet tam kiedys wypoczywałeś, drogi czytelniku, kto to wie?